Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Książki nie tylko o fotografii’ Category

Świat sprawia wrażenie jakby mijał. Świat dzieje się, rozwijany w poszczególne chwile, a ty przystajesz, żeby przelotnie spojrzeć na pająka, który przywarł do swojej sieci. Jest żwawość światła i poczucie wyrazistości konturów, po zatoce mkną zaś smugi ciekłego blasku. W mocny, słoneczny dzień, nazajutrz po sztormie, kiedy najmniejszy spadający listek przeszyty jest samoświadomością, dokładniej niż zwykle wiesz, ktoś zacz. Wiatr szumi wśród sosen, świat ma okazję zaistnieć – nieodwracalnie – a pająk jedzie na kołysanej wiatrem pajęczynie.

Udało się wam kiedyś zrobić zdjęcie takiej chwili? Wyrazistość konturów, smugi ciekłego blasku mknące po zatoce, wiatr wśród sosen. Mnie nie. Nie udało się. Ale opis mnie wciągnął, zaczął tworzyć w głowie obrazy, prawie fizycznie namacalne – bo tak intensywne. Cytat powyżej to pierwszy akapit książki Dona DeLillo „Performerka”. Ostatniego odkrycia. Choć jeżeli mnie zapytacie o czym jest ta książka – nie odpowiem. To ten rodzaj, który dla każdego może być czymś innym a historia jest jedynie tłem, momentami jej wcale nie ma. Po części jest o pamiętaniu i zapominaniu, o odejściu i stawaniu się sobą, znikaniu i stawaniu się odrębnym od kogoś, kogo już nie ma. Szukaniu i znajdowaniu. Kiedy ją skończyłam, postanowiłam przeczytać zakończenie raz jeszcze mając nadzieje, że znajdę to cos co mi umknęło i z jednoczesnym głębokim przekonaniem, że nawet, jeżeli przeczytam ją jeszcze 10 razy to nic się nie zmieni.

Polecam każdemu, kogo pociąga piękna językowo literatura, pozostawiająca więcej pytań niż odpowiedzi.

A zdjęcie tak intensywne w odczuci jak powyższy fragment – chciałabym kiedyś zrobić.

Reklamy

Read Full Post »

Jeżeli jak ja macie jeszcze trochę wolnego po świętach i szukacie czegoś do czytania, z chęcią polecę wam książkę. Lekką tym razem, dla wypoczynku. „Osobliwy don Pani Peregrine” – Ransoma Riggsa, to właśnie taka książka. Pełna akcji, tajemnicy i odrobiny niesamowitości. Ale ja sięgnęłam do niej przez zdjęcia. Zdjęcia osobliwe. Zdjęcia dziwnych dzieci – unoszących się w powietrzu, zaklętych w butelce, unoszących głazy lub trzymających kulę światła w dłoniach. Stare zdjęcia wyglądające jak te, które można wygrzebać na targach staroci.

Nie będę wam opowiadać historii. Mogę tylko powiedzieć, że ostatnio rzadko beletrystyka wciąga mnie tak, że nie mam ochoty odłożyć książki, a kiedy dobiegam do końca mam poczucie, że opowieść dopiero się rozpoczyna. I to trochę nieuczciwe, że historia kończy się tu i teraz. Ale oprócz fabuły zafascynowała mnie rola zdjęć w tej książce. Gdyż są one ściśle wpisane w opowieść, a dzieci widniejące na zdjęciach są jej bohaterami. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że autor na końcu podaje dodatkowa informację – wszystkie zdjęcia są prawdziwe, istnieją i są w posiadaniu kolekcjonerów. To niesamowite wykorzystanie zdjęć – swoją drogą bardzo dziwnych i tajemniczych. Bo to oznacza, że autor musiał przekopać się przez setki zdjęć będących w różnych archiwach, wybrać te, które mu pasują do głównego wątku i stworzyć postacie, które pasują do zdjęć i mają swoją historię na nich opartą. Wydało mi się to trochę niewiarygodne – zarówno ze względu na sam proces jak i niezwykłość zdjęć, że zaczęłam to sprawdzać. Szukałam w internecie nazwisk, które Ransom Riggs – autor – podał jako kolekcjonerów, z których to zbiorów owe zdjęcia pochodzą. I wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy ich znalazłam. Istnieją i zajmują się kolekcjonowanie starych zdjęć. Wiec to wszystko prawda?

Tych, którzy trochę chcieliby wciągnąć się w klimat książki zapraszam do obejrzenia traillera (tak!). A swoją drogą – mam poczucie, że ta książka ma ogromny potencjał na film i ciąg dalszy. Zobaczymy, może ….

Trailer: „Osobliwy dom Pani Peregrine”

Read Full Post »

W tym roku moja biblioteka wzbogacił się o kilka albumów – również takich, na które dość długo polowałam. Jednym z nich jest album Glena Luchforda.

Zdjęcie okładkowe przyciągało mnie od dawna, zresztą kilka sesji dostępnych Internecie – również.

http://www.glenluchford.com/index.php

Biografia na jego stronie nie powala, co więcej jest szczytem minimalizmu:

Luchford is a fashion photographer and film maker who lives in New York.

Na szczęście album rozpoczyna się rozmową z nim, w której jest nieco bardziej rozrzutny, jeżeli chodzi o fakty ze swojego życia.

Jak sam mów album poświęcony jest dwóm rzeczom: latom 90tym, oraz fotografii cyfrowej.  Jednak cofając się do początków swojej fotografii – wspomina kolekcje zdjęć kobiet, która miał jego ojciec. W albumie znajdziecie zdjęcie jego tablicy w pracy – pełną zdjęć kobiet, portretów, aktów. W jakiś sposób delikatny i ciekawy zbiór. I rzeczywiście fotografia Glena Luchforda jest podobna do tej tablicy – trochę podglądająca, czasem wyglądająca jak kadry filmowe, złapane z zaskoczenia, zza rogu.

Jego zdjęcia ukazywały się wielokrotnie w Vogue i innych magazynach modowych. Ale jak sam mówi – zaczynać w latach 80-tych było znacznie łatwiej. Mało ludzi wówczas chciało być fotografem i dla przykładu – bez trudu można było wejść do dyrektora artystycznego magazynu Face, który starał się z każdym porozmawiać. Czy dzisiaj jest to możliwe?

Co dla samego Glena Luchforda zmieniło od tego czasu? „Musze robić cztery razy więcej zdjęć niż wcześniej, i ekipa jest większa. Mamy operatorów cyfrowych itp. To zostawia mało czasu na głębszą myśl”. Możliwości jakie daje fotografia cyfrowa zachwycają Luchforda – ze względu na opcję szybkiego podejrzenia wyników swojej pracy, bez konieczności ustawiania światła przez dwie, jak pisze godziny, dające modelce możliwość poruszania się. Z drugiej strony, fotografia cyfrowa i Photoshop spowodowały pewne lenistwo fotografów, którzy już nie muszą mieć tego jednego, idealnego kadru. Choć jak sam twierdzi – on ciągle, z przyzwyczajenia stara się zrobić wszystko na poziomie aparatu. Dobre zdjęcie.

Jeżeli jakiemuś szczęśliwcowi, jak mnie, poszczęści się na allegro – zachęcam do kupienia. Dla niecierpliwych i bogatszych polecam Amazona (od 200 euro). Glen Luchford na Amazonie.

Zdjęcie pełne klimatu, często portrety, zdjęcia, które opowiadają historie. Barwne i czarno-białe. Ale zawsze świetne.

Read Full Post »

Na wakacje do Hiszpanii pojechały ze mną książki. Dawno nie miałam tak dużo czasu na czytanie. Wiec polecam:

Cees Noteboom i jego „Drogi do Santiago”. Jeżeli ktoś zachwycił się „Martwą naturą z wędzidłem” Herberta, również ta pozycja spełni jego oczekiwania. Połączenie gawędziarskiego podejścia do historii i sztuki, opisu podróży przez kraj (tu Hiszpanię) i jego miejsca ukryte przed przewodnikami turystycznymi, z ogromną wrażliwością i poetyckością opisu.

Michal Ajvaz „Inne miasto”, łącznie ze zbiorem opowiadań „Powrót starego warana”. Surrealistyczne opowieści z życia pisarza, pełnie nierzeczywistych miejsc, zakrętów zdarzeń, oraz zwierząt pojawiających się niespodzianie w szufladzie, bibliotece czy w tramwaju sunącym po praskiej ulicy. To książka, którą, jeżeli czytasz na leżaku na d basenem i uśniesz w słońcu, sprawia, że nie wiesz, gdzie zaczyna się sen a kończy jawa. Czy jeszcze czytasz, czy to już twój rozpalony i śpiący umysł dopowiada dalsze historie.

Ale też kilka bardziej konkretnych pozycji: „Strategie sukcesu” Altmana, Dan Ariely i jego „Zalety irracjonalności”, „Mindset” Carol Dweck. No i dla kontrastu, ta, do której wróciłam „Jestem Baba” Anny świrszczyńskiej – zbiór wierszy. Aaaa, i jeszcze „Przygody damskiego fryzjera”. Jak mogłam zapomnieć. Zawsze staram się brać książke, która dzieje się w miejscu, do którego jadę. A więc – Barcelona.

Ale, żeby nie było, że leżenie nad basenem z książką było moim jedynym zajęciem – poniżej zdjęcia.

Read Full Post »

Na początku tego roku stał się mały cud i po kilku latach wznowiono album Sary Moon „1.2.3.4.5.” Dla mnie zachwycający – polowałam na niego co najmniej 3 lata. Fizyczna przyjemność dotykania go i przewracania kartek rekompensuje wysoką cenę. Zakochałam się w jej pracach odkąd zobaczyłam sesję dla kalendarza Pirelli z 1972 roku – do tej pory dla mnie niedościgniona. (sesja Pirelli tutaj).

Album, o którym piszę jest bardzo kompleksowym zbiorem jej prac, opatrzonym tekstem napisanym przez Sarę Moon – o fotografii, o swoich zdjęciach, o zdarzeniach, które się z nimi wiążą. Znajdziecie tam zdjęcia komercyjne, modowe, jak i projekty prywatne, czarno-białe i kolorowe. W wywiadach Sarah Moon podkreśla, że do pracy z kolorowymi zdjęciami w niejaki sposób zmusił ja świat mody w którym pracowała. Jednak jej podejście do koloru, być może z niechęci do niego, było w pewien sposób unikalne jak na tamte czasy. Nieostrości, duże ziarno, które działa jak filtr, pozwala na manipulację kolorem, wygłuszenie go.  Zresztą w jednym z wywiadów wspomina, że kolorowe zdjęcia mają swoje uzasadnienie, kiedy kolor na nich nie jest realny (np. polaroid), wygłuszony – wtedy, kiedy nie przypomina malarstwa w swej realności.

Ale nie o kolorze w fotografii chciałam dziś napisać. A o swoim lęku. Za każdym razem, kiedy zbliża się sesja, pojawia się on i najsilniejszy jest tuż przed. Ja przecież nie jestem fotografem. To lęk, że ktoś zobaczy, że ja tylko udaję, że nie wiem co mam robić. Owszem zaczynam pracować z modelką. Proszę o jedno, drugie ustawienie. Pomaga mi w tym mój magiczny zeszycik. Dodaje pewności siebie. Zastanawiałam się, po ilu sesjach mija to uczucie. Wiec wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy przeczytałam w albumie taki o to fragment:

Modelka ma tylko jedno miejsce. Ja szukam swojego, Nie mogę go znaleźć; chcę być gdzie indziej, ale kontynuuję… Skupiam się na kształtach; łuk szyi, fałda sukni, gest dłoni, ruch bioder. Modelka porusza się powoli, sugeruje, próbuje zrozumieć to, czego ja nie potrafię wyjaśnić, próbuje grać rolę, za która ja nie nadążam. Słyszę samą siebie: „Nie… nie rób nic…” Więc ona czeka ponownie, patrzy się na mnie, widzi moją panikę, czuję, że ją zawodzę. Czuję się winna; naciskam spust migawki, mówię, że jest wspaniale. Udaję raz, dwa, trzydzieści sześć razy…. Z nadzieja zaczynam ponownie. Czas biegnie, światło przygasa, tracę pewność siebie. Nie chcę być więcej fotografem, ale wciąż próbuję…. Wtedy, zupełnie nagle, ale nie zawsze, coś się zmienia, nie potrafię powiedzieć dlaczego, może jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie, a może tylko wierzę w to? Czasem, przez ułamek sekundy, widzę przebłysk piękna, a może to tylko różnica, lub zaskoczenie…? Nieistotne, wszystko dzieje się tak szybko (…) i w końcu lubię to co widzę i nie mogę przestać tego szukać, potem tracić, i tak próbuję przez cały dzień, tylko dla tego, że była taka chwila, w której istniało.

To dla mnie fragment nie tylko o lęku (moim lęku), o próbach bycia fotografem, ale też o powodach dla których warto nim być. O przebłyskach piękna i jego poszukiwaniach.

Istnieje możliwość, że ten lęk nie mija z czasem. Ostatnio na jednym z warsztatów potwierdził to pewien fotograf z dużym dorobkiem, mówiąc o swojej nieśmiałości w stosunku do modelek, trudnościach z rozpoczęciem sesji – patrząc na zdjęcia – pewnie nikt by się nie domyślił. Więc jednak nie mija. Więc pozostaje mi tylko udawać dalej, wierzyć, że nikt nie widzi mojej paniki na początku sesji, szukać kształtów i ulotności. Jak mówił Gombrowicz – jeżeli chcesz być pisarzem, musisz naśladować innych pisarzy – siąść przy biurku i pisać. Udawać tak długo, aż stanie się to rzeczywistością. Więc biorę aparat i idę udawać dalej. Może kiedyś…

Read Full Post »

Nieadekwatnie lekko. To przyszło mi do głowy po przeczytaniu książki Ulli-Carin Lindquist – „Wiosłować bez wioseł”. Nieadekwatnie lekko o umieraniu. Bo można powiedzieć, że jest to opowieść o umieraniu. Umieraniu kobiety w pełni życia, w biegu, której ciało zaczęło stawiać opór, odmawiać posłuszeństwa. Diagnoza – SLA – stwardnienie boczne zanikowe. Wydawałoby się – nieadekwatnie lekko o śmierci. Ale to nie jest książka o śmierci. To książka o cierpliwości, która w języku arabskim znaczy tyle samo co kaktus – „wytrzymać pragnienie”. Opowieść o pożegnaniach, odchodzeniu, ale też o uczeniu się życia od nowa, czerpaniu radości z drobnych przyjemności. Nieadekwatnie lekko podana prawda o wadze każdej chwili, umiejętności śmiania się, słuchania przyjaciół, kochania, zachodach słońca podarowanych, jako prezent na imieniny, oddychaniu świeżym powietrzem, smaku ostatniego posiłku. Niesentymentalnie.

Autorka sama o sobie pisze, że zawsze mówiła sobie potem, później, kiedyś, najpierw tylko muszę….  Swoją drogą zastanawiające, że ludzie, którzy jak autorka stanęli przed ściśle odmierzonym czasem, który dodatkowo znacznie obniża jakość życia bo wiąże się z postępującym paraliżem, potrafią znacznie bardziej doceniać każdą sekundę życia. Jak pisze: „Właśnie teraz, gdy jestem śmiertelnie chora, potrafię przeżywać chwile szczęścia. (…) Śmierć zbliżyła mnie do życia”.  Tylko czy trzeba na nią czekać, by zrozumieć to wszystko?

Potem się zastanowię. Najpierw muszę jeszcze ….

Polecam: Ulla- Carin Lindquist „Wiosłować bez wioseł”

Read Full Post »

Znowu coś z pogranicza filmu. Kolejna pozycja Wydawnictwa Wojciech Marzec. Nic na to nie poradzę. Ich książki z  dziedziny filmoznawstwa są bardzo dobrymi pozycjami wspierającymi kreatywność fotografa i myślenie o obrazach, które chcemy stworzyć. Oczywiście, jeżeli idziemy w kierunku fotografii inscenizowanej, kreacyjnej, opowiadającej naszą historię, oddającej uczucia i emocje. Jeżeli zajmujemy się kolorową fotografią, to warto zapoznać się z teorią koloru. Nie tylko podstawami fizycznymi, zasadami optycznymi, ale z jego psychologią. Pozwoli to w bardziej planowy sposób kierować myśli i interpretację odbiorcy w kierunku, który zaplanowaliśmy. Choć w 100% nigdy nam się to nie uda – każdy patrzy na świat przez własny „filtr”.

Psychologia koloru jest fascynująca, a jej świadome wykorzystanie może dodać fotografii dużo treści. Książka Patti Bellantoni „Jeśli to fiolet, ktoś umrze. Teoria koloru w filmie.” jest znakomitym podręcznikiem, a zarazem wciągającą opowieścią i przeglądem filmowym. Autorka jest wykładowcą a jej początek przygody z kolorem to eksperyment – poprosiła swoich uczniów, aby przynieśli do klasy to, co uważają za kolor czerwony.

W dniu wyznaczonych zajęć studenci przyszli ubrani w czerwień (…). Zalali pokój czerwonym światłem. Przynieśli też rzeczy skądinąd nieoczekiwane – pikantne papryczki, rozgrzewające mięśnie maści, migocące i wyjące zabawkowe wozy strażackie, czerwone i gorące kuleczki cynamonowe i muzykę rock n’roll. (…) Studenci kompulsywnie połykali pikantną salsę, rozmawiali głośniej i pogłośnili grająca muzykę rockową. (…). „Dzień Niebieski” rozstrzygnął, ze zmierzaliśmy we właściwym kierunku. Tym razem studenci przynieśli coś zupełnie innego – wielkie błękitne poduszki, miętusy i muzykę New Age. W przeciągu kilku minut (….) przestali rozmawiać, zrelaksowali się, a nawet stali się apatyczni. Klasę wypełnił spokój.

Te, prowadzone przez lata doświadczenia, pokazały jak ludzie odbierają kolory i o nich myślą – w kategorii wszystkich zmysłów, nie tylko wzroku. Na bazie tych doświadczeń autorka zaczęła analizować znaczenie kolorów w filmie. W swojej książce, podzielonej na rozdziały według sześciu kolorów, omawia, kadr za kadrem, w jaki sposób kolor wzmacnia opowiadaną historię, dopowiada i kieruje naszymi emocjami podczas oglądania filmu. Kadry wybrane są z dzieł znanych, żeby wymienić tylko kilka: „Biegnij, Lola, biegnij”, „Malcolm X”, „America Beauty”, „Romeo i Julia”, „Dziecko Rosemary”, „Czekolada”, „Skazani na Shawshank”, „Thelma i Louise”, „Łowca Androidów”, „Szósty zmysł” i wiele innych. Dużo z nich oglądałam, ale teraz cześć muszę powtórzyć. Świadomie. Bo kolor odbieramy podświadomie, nie interpretujemy go, nie analizujemy, ale wpływa na nasze emocje i odbiór obrazu.

Muszę dodać, że książka inspiruje do trochę innego spojrzenia na własne zdjęcia. Nowo nabyta wiedza zmusza do myślenia o kolorze na etapie planowania zdjęcia, dobór kolorów staje się mniej przypadkowy. Zastanawiam się, co chcę powiedzieć, czy kolor zagra, czy pasuje do moich emocji. To samo na etapie postprodukcji. Polecam. Bo czy myśleliście kiedyś o błękicie w kategoriach bezsilności, albo o żółtym jak o kolorze obsesji? No i fiolet. Jeśli to fiolet, ktoś umrze.

A tym jak każdy element scenografii – w tym kolor – wpływa na odbiór i odbiorcę dzieła pisałam już tu:

https://fotoimpresje.wordpress.com/2011/01/09/nauki-mlodszej-siostry

Read Full Post »

Older Posts »