Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Z notesu podróżnika’ Category

Reklamy

Read Full Post »

Tak się dzieje, jak się mnie wpuści do ogrodu pełnego pięknych, kolorowych kwiatów. Mniej mroczne zdjęcia z tej wycieczki do ogrodów Keukenhof koło Amsterdamu będą musiały poczekać.

Read Full Post »

Moje rzymskie odkrycie nie ma nic wspólnego z Rzymem. Albo niewiele. Wiem – Rzym to Galeria Borghese, Pinakoteka, Caravaggio, Tycjan itp. Ale oni tam są zawsze – a ja chcę napisać o wystawie, reklamowanej w całym Rzymie, na którą wpadliśmy prawie „przypadkiem” idąc Via del Corso – “Modigliani, Soutane and the Doomed Artists”. Ta zebrana kolekcja artystów z kręgu Modiglianiego, zawierająca 120 prac, jest zachwycająca.

http://www.romanhostels.com/guide/modigliani-museo-corso-rome-2013-2014/

 Wiele z tych prac może być inspiracją również dla fotografów specjalizujących się w aktach czy portretach kobiecych. A moje odkrycie to Moise Kisling. I jego „Dziewczyna w czerwonym swetrze”. A właściwie niesamowita zdolność operowania światłem. Poniższą reprodukcję zamieszczam niechętnie, ponieważ kolory na niej zupełnie nie oddają tego, co widziałam. Ale innej nie ma w internecie.

kisling

W rzeczywistości obraz nie ma tak silnego żółtego zabarwienia na twarzy. Kobieta siedzi blisko okna, pada na nią ciepłe słoneczne światło, nadając obrazowi w całości miękkie, świetliste zabarwienie.  Ciepłe światło jest we wszystkim – w czerwieni swetra, bieli naczyń, czerni włosów i spodni. Obraz zdaje się promieniować blaskiem. Udało się Kislingowi odać kolory, lub wrażenie jak wolicie, które kojarzą się z popołudniowym, intensywnym światłem. Pomyślałam, że chciałabym kiedyś zrobić tak piękne kolorystycznie zdjęcie.

Oczywiście polecam całą wystawę, nie tylko jeden obraz. Dodatkowo ciekawa sprawa to fakt, że kilku z prezentowanych malarzy (np. Kisling, Epstein) to malarze żydowscy polskiego pochodzenia. Wiele obrazów pochodzi z kolekcji słynnego polskiego marszanda i kolekcjonera – Leopolda Zborowskiego.

Zapraszam więc do muzeum na Via del Corso. Do 4 kwietnia 2014.

Read Full Post »

Na wakacje do Hiszpanii pojechały ze mną książki. Dawno nie miałam tak dużo czasu na czytanie. Wiec polecam:

Cees Noteboom i jego „Drogi do Santiago”. Jeżeli ktoś zachwycił się „Martwą naturą z wędzidłem” Herberta, również ta pozycja spełni jego oczekiwania. Połączenie gawędziarskiego podejścia do historii i sztuki, opisu podróży przez kraj (tu Hiszpanię) i jego miejsca ukryte przed przewodnikami turystycznymi, z ogromną wrażliwością i poetyckością opisu.

Michal Ajvaz „Inne miasto”, łącznie ze zbiorem opowiadań „Powrót starego warana”. Surrealistyczne opowieści z życia pisarza, pełnie nierzeczywistych miejsc, zakrętów zdarzeń, oraz zwierząt pojawiających się niespodzianie w szufladzie, bibliotece czy w tramwaju sunącym po praskiej ulicy. To książka, którą, jeżeli czytasz na leżaku na d basenem i uśniesz w słońcu, sprawia, że nie wiesz, gdzie zaczyna się sen a kończy jawa. Czy jeszcze czytasz, czy to już twój rozpalony i śpiący umysł dopowiada dalsze historie.

Ale też kilka bardziej konkretnych pozycji: „Strategie sukcesu” Altmana, Dan Ariely i jego „Zalety irracjonalności”, „Mindset” Carol Dweck. No i dla kontrastu, ta, do której wróciłam „Jestem Baba” Anny świrszczyńskiej – zbiór wierszy. Aaaa, i jeszcze „Przygody damskiego fryzjera”. Jak mogłam zapomnieć. Zawsze staram się brać książke, która dzieje się w miejscu, do którego jadę. A więc – Barcelona.

Ale, żeby nie było, że leżenie nad basenem z książką było moim jedynym zajęciem – poniżej zdjęcia.

Read Full Post »

Read Full Post »

Read Full Post »

Amsterdam (2002).

Miasto portowe, miasto czerwonej dzielnicy, tygiel kulturowy. Śmieszne wrażenie, że najczęściej spotykanym językiem jest tu angielski. Słyszysz go wszędzie podczas spaceru po centrum. To grudzień, wiec zimno i pogoda kiepska dla zdjęć. Fascynują mnie barki. Mieszkanie na wodzie. Nie przywiązane do jednego miejsca niczym solidniejszym jak liną, którą w każdej chwili mogę odczepić i odpłynąć. Muzeum seksu, muzeum diamentów i muzeum Van Gogha. Kolejność niekoniecznie ta.
I okna. To niesamowite dla człowieka pochodzącego z kraju, gdzie przy obcych brudów się nie pierze. Prawie wstrząs, kiedy idąc ulicą, widzisz ludzi siedzących przy stole i pijących kawę, a szukając wejścia do kawiarni powoli zaczynasz rozumieć, że to prywatne mieszkanie. Duże okna, niczym nie zasłonięte. Kawałek dalej widzisz czyjąś kuchnię i wejście do sypialni. Jeszcze krok i znajdujesz się w pokoju starszego mężczyzny oglądającego program telewizyjny.
Wszędzie stada gołębi. Targ tulipanów. Targ staroci. Rowery.

Praga (2004).

Maj. Miasto dla zakochanych. Kwitnąca wiśnia na zamkowym wzgórzu przesłania panoramę. Różowa mgła, za którą zaczynają się dachy. Wąskie schody wzdłuż muru, stare lampy świecące wieczorem blaskiem tajemnicy. Światło na ceglanym wzorze rysuje cień pary z odległych lat. Każdy załom muru kryje swoją historię.
Złota Uliczka. Uliczka złotników. Kolorowe domki jak domki dla lalek przytulone do muru. Uliczka odmieńców i wygnańców. Byli potrzebni, ale mogli mieszkać tylko poza nawiasem życia. Nie można ich pokazywać spokojnym mieszczanom.
Park w Próchonicach. Piękny pałacyk nad jeziorem, w którym odbijają się szare chmury i w fragmenty nieba. Magnolie, zupełnie nie na miejscu ze swoją delikatnością na nagich gałęziach.

Kijów (2004).

Miasto wielkich nadziei i historii. Miasto wielkich oczekiwań. Miasto ludzi żyjących z dnia na dzień. Ale radosnych.
Gigantomania, szok dla estetyki. Główna ulica – Krieszcziatik. Przechodnie ubrani jak gdyby był to najważniejszy dzień w ich życiu. Kolega tłumaczy: U was ludzie planują. Odkładają. Tu nikt nie planuje dalej niż do jutra. Jak masz pieniądze dziś – wydajesz. Bo nikt nie wie, jakie będzie jutro. Dziś jesteś na szczycie, jutro możesz być na dnie.
Urocze, stare uliczki, a zaraz obok ogromne gmachy, które sprawiają, że czujesz się mały i nieważny. Cerkwie kolorowe i złote – w ich dachach odbija się słońce. Tak złote, że nie potrzebują słońca. Nawet w pochmurny dzień ich kopuły odcinają się blaskiem na tle szarego nieba. Najpiękniejsza uliczka Kijowa – Andriejewskij uzwis. Stroma. Na niej domki i kamienice – stare i piękne, mimo chłodu i deszczu.
Próba parady przed Świętem Niepodległości. Chłopcy przebrani za żołnierzy, wyglądający jak wygłodniałe dzieci bawiące się w wojnę.

Madryt (2004).

Puste ulice przed 19-tą i puste knajpy (bo przerwa w życiu?). Korki w środku nocy i ciepłe światło, które rozleniwia i sprawia, że kontury domów są miękkie, jasne. To listopad, a ciepło i widać w dzień ludzi z krótkim rękawem i swetrem w pasie. Widać też tych, którzy wierzą w kalendarz i noszą płaszcze. Ale lekki, bez tych wszystkich szali, czap i rękawic, które zostawiłam w hotelowym pokoju.
Tutejsze budowle, wyglądające jak utkane ze starej koronki. Delikatne zdobienia, które sprawiają, że największe budynki stają się lekkie, jak świąteczne wycinanki.
Mimo ciepłego światła jest tu już jesień. Opuszczone stoliki na chodniku, zielone, ażurowe krzesła czekające na gości, którzy wybierają przytulny środek kawiarni. Pomiędzy nimi lekki wiatr przegania czerwone liście, które właśnie spadły z drzewa wyrastającego pośrodku chodnika.

Read Full Post »

Older Posts »