Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘album’

W tym roku moja biblioteka wzbogacił się o kilka albumów – również takich, na które dość długo polowałam. Jednym z nich jest album Glena Luchforda.

Zdjęcie okładkowe przyciągało mnie od dawna, zresztą kilka sesji dostępnych Internecie – również.

http://www.glenluchford.com/index.php

Biografia na jego stronie nie powala, co więcej jest szczytem minimalizmu:

Luchford is a fashion photographer and film maker who lives in New York.

Na szczęście album rozpoczyna się rozmową z nim, w której jest nieco bardziej rozrzutny, jeżeli chodzi o fakty ze swojego życia.

Jak sam mów album poświęcony jest dwóm rzeczom: latom 90tym, oraz fotografii cyfrowej.  Jednak cofając się do początków swojej fotografii – wspomina kolekcje zdjęć kobiet, która miał jego ojciec. W albumie znajdziecie zdjęcie jego tablicy w pracy – pełną zdjęć kobiet, portretów, aktów. W jakiś sposób delikatny i ciekawy zbiór. I rzeczywiście fotografia Glena Luchforda jest podobna do tej tablicy – trochę podglądająca, czasem wyglądająca jak kadry filmowe, złapane z zaskoczenia, zza rogu.

Jego zdjęcia ukazywały się wielokrotnie w Vogue i innych magazynach modowych. Ale jak sam mówi – zaczynać w latach 80-tych było znacznie łatwiej. Mało ludzi wówczas chciało być fotografem i dla przykładu – bez trudu można było wejść do dyrektora artystycznego magazynu Face, który starał się z każdym porozmawiać. Czy dzisiaj jest to możliwe?

Co dla samego Glena Luchforda zmieniło od tego czasu? „Musze robić cztery razy więcej zdjęć niż wcześniej, i ekipa jest większa. Mamy operatorów cyfrowych itp. To zostawia mało czasu na głębszą myśl”. Możliwości jakie daje fotografia cyfrowa zachwycają Luchforda – ze względu na opcję szybkiego podejrzenia wyników swojej pracy, bez konieczności ustawiania światła przez dwie, jak pisze godziny, dające modelce możliwość poruszania się. Z drugiej strony, fotografia cyfrowa i Photoshop spowodowały pewne lenistwo fotografów, którzy już nie muszą mieć tego jednego, idealnego kadru. Choć jak sam twierdzi – on ciągle, z przyzwyczajenia stara się zrobić wszystko na poziomie aparatu. Dobre zdjęcie.

Jeżeli jakiemuś szczęśliwcowi, jak mnie, poszczęści się na allegro – zachęcam do kupienia. Dla niecierpliwych i bogatszych polecam Amazona (od 200 euro). Glen Luchford na Amazonie.

Zdjęcie pełne klimatu, często portrety, zdjęcia, które opowiadają historie. Barwne i czarno-białe. Ale zawsze świetne.

Read Full Post »

Na początku tego roku stał się mały cud i po kilku latach wznowiono album Sary Moon „1.2.3.4.5.” Dla mnie zachwycający – polowałam na niego co najmniej 3 lata. Fizyczna przyjemność dotykania go i przewracania kartek rekompensuje wysoką cenę. Zakochałam się w jej pracach odkąd zobaczyłam sesję dla kalendarza Pirelli z 1972 roku – do tej pory dla mnie niedościgniona. (sesja Pirelli tutaj).

Album, o którym piszę jest bardzo kompleksowym zbiorem jej prac, opatrzonym tekstem napisanym przez Sarę Moon – o fotografii, o swoich zdjęciach, o zdarzeniach, które się z nimi wiążą. Znajdziecie tam zdjęcia komercyjne, modowe, jak i projekty prywatne, czarno-białe i kolorowe. W wywiadach Sarah Moon podkreśla, że do pracy z kolorowymi zdjęciami w niejaki sposób zmusił ja świat mody w którym pracowała. Jednak jej podejście do koloru, być może z niechęci do niego, było w pewien sposób unikalne jak na tamte czasy. Nieostrości, duże ziarno, które działa jak filtr, pozwala na manipulację kolorem, wygłuszenie go.  Zresztą w jednym z wywiadów wspomina, że kolorowe zdjęcia mają swoje uzasadnienie, kiedy kolor na nich nie jest realny (np. polaroid), wygłuszony – wtedy, kiedy nie przypomina malarstwa w swej realności.

Ale nie o kolorze w fotografii chciałam dziś napisać. A o swoim lęku. Za każdym razem, kiedy zbliża się sesja, pojawia się on i najsilniejszy jest tuż przed. Ja przecież nie jestem fotografem. To lęk, że ktoś zobaczy, że ja tylko udaję, że nie wiem co mam robić. Owszem zaczynam pracować z modelką. Proszę o jedno, drugie ustawienie. Pomaga mi w tym mój magiczny zeszycik. Dodaje pewności siebie. Zastanawiałam się, po ilu sesjach mija to uczucie. Wiec wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy przeczytałam w albumie taki o to fragment:

Modelka ma tylko jedno miejsce. Ja szukam swojego, Nie mogę go znaleźć; chcę być gdzie indziej, ale kontynuuję… Skupiam się na kształtach; łuk szyi, fałda sukni, gest dłoni, ruch bioder. Modelka porusza się powoli, sugeruje, próbuje zrozumieć to, czego ja nie potrafię wyjaśnić, próbuje grać rolę, za która ja nie nadążam. Słyszę samą siebie: „Nie… nie rób nic…” Więc ona czeka ponownie, patrzy się na mnie, widzi moją panikę, czuję, że ją zawodzę. Czuję się winna; naciskam spust migawki, mówię, że jest wspaniale. Udaję raz, dwa, trzydzieści sześć razy…. Z nadzieja zaczynam ponownie. Czas biegnie, światło przygasa, tracę pewność siebie. Nie chcę być więcej fotografem, ale wciąż próbuję…. Wtedy, zupełnie nagle, ale nie zawsze, coś się zmienia, nie potrafię powiedzieć dlaczego, może jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie, a może tylko wierzę w to? Czasem, przez ułamek sekundy, widzę przebłysk piękna, a może to tylko różnica, lub zaskoczenie…? Nieistotne, wszystko dzieje się tak szybko (…) i w końcu lubię to co widzę i nie mogę przestać tego szukać, potem tracić, i tak próbuję przez cały dzień, tylko dla tego, że była taka chwila, w której istniało.

To dla mnie fragment nie tylko o lęku (moim lęku), o próbach bycia fotografem, ale też o powodach dla których warto nim być. O przebłyskach piękna i jego poszukiwaniach.

Istnieje możliwość, że ten lęk nie mija z czasem. Ostatnio na jednym z warsztatów potwierdził to pewien fotograf z dużym dorobkiem, mówiąc o swojej nieśmiałości w stosunku do modelek, trudnościach z rozpoczęciem sesji – patrząc na zdjęcia – pewnie nikt by się nie domyślił. Więc jednak nie mija. Więc pozostaje mi tylko udawać dalej, wierzyć, że nikt nie widzi mojej paniki na początku sesji, szukać kształtów i ulotności. Jak mówił Gombrowicz – jeżeli chcesz być pisarzem, musisz naśladować innych pisarzy – siąść przy biurku i pisać. Udawać tak długo, aż stanie się to rzeczywistością. Więc biorę aparat i idę udawać dalej. Może kiedyś…

Read Full Post »

Jesienią, z pomocą znajomej podróżującej pomiędzy Warszawą a Berlinem nabyłam album Sybille Bergemann. The Polaroids.

Muszę przyznać, że do samych polaroidów mam mieszane uczucia. Zachwycają mnie ich nieostrości i kolory. Piękny jest moment, kiedy znikąd, na białym kawałku papieru pojawiają się obrazy oddające chwilę. Jej ulotność. Ulotność podkreślaną dodatkowo cechy fizyczne polaroidu. Brak negatywu, brak możliwości wykonania kolejnej, identycznej odbitki. To po części mnie trochę zniechęca.  Jak również wielkość odbitki. Ale w przypadku albumu, który leży właśnie obok mnie, te niedogodności schodzą na drugi plan.

Jak czytam w przedmowie, Arno Fischer, jej towarzysz i nauczyciel powiedział, że widziała kadr, gdziekolwiek spojrzała.  Ona sama mówiła, że „jej nastrój jest zawsze częścią jej zdjęcia.” I przeglądając kolejne strony albumu muszę powiedzieć, że oba te stwierdzenia to prawda.

Co w nim znajdziecie? Dziwne portrety dzieci robiących wrażenie „starych-maleńkich” i zdjęcia dorosłych wyglądających jak przygodna trupa cyrkowców. Zdjęcia kobiet. Zdjęcia miast – dziwnie pustych i przejrzystych. Miast, na które patrząc widzę emocje: smutek, nostalgię, samotność. Fragmenty rzeczywistości. Buty rzucone koło łóżka. Sukienka powieszona na wieszaku, na ścianie koło okna.Laleczka zagubiona gdzieś w smudze światła. Pytana podczas wywiadu, dlaczego tak często fotografuje przedmioty i otoczenie człowieka odpowiedziała, ze „Osoba jest obecna, nawet jeżeli nie pojawia się na zdjęciu.” To przedmioty opowiadały jej o człowieku.

W sieci znajdziecie parę jej zdjęć. A tu taj można je kupić 😉

http://www.ostkreuz-store.de/fineart/item/37

A to jedne z moich ulubionych:

Read Full Post »

Zdjęcie „Narzeczona wiatru”, znajdzie się w wydanym w grudniu przez Magazyn Photographer’s Forum albumie Best of Photography 2011.

Jeszcze raz podziękowanie dla całej ekipy 🙂

pozowali: Aga/ Merzbird i Damian Jankowski

malowała: Mika Tomaszewska

Więcej wyników tutaj:

http://www.pfmagazine.com/wp-content/plugins/p-gallery/index.php?level=picture&id=8373

Read Full Post »

W niedzielę wybrałam się na Targi Książki. W ostatniej chwili wzięłam aparat, choć bez przekonania. I nie miałam racji. Dlaczego? Dotarłam bowiem do stoiska wydawnictwa BOSZ, na którym moje oko zahaczył kolor. Czerwony, piękny i intensywny. Album “Art_Color_Ballet”. Zajrzałam do środka i utknęłam przy stoisku na dobre. Album ze zdjęciami krakowskiego zespołu, pod kierunkiem pani Agnieszki Glińskiej – założycielki i dyrektora artystycznego. Łączy w swojej pracy pasje malarskie i taneczne, a fotografowie mogą to wszystko utrwalić na zdjęciach. Przynajmniej niektórzy, czasem. Zdjęcia piękne. Zresztą część z nich wykonana przez znanego chyba wszystkim Wacława Wantucha, choć zupełnie niepodobna do typowych dla niego, sterylnych, czarno-białych aktów. Miła kobieta na stoisku wydawnictwa na moje niecierpliwe pytanie: gdzie można zobaczyć ich występy, odpowiedziała mi spokojnie, że: po pierwsze – Pani Agnieszka będzie tu za chwilę wiec sama mi powie, a po drugie – że co więcej, za chwilę będzie tu taki performance  – bodypainting. Ta sama Pani Agnieszka będzie malować modelkę/ tancerkę na stoisku. I rzeczywiście, po chwili na stoisku pojawiło się tło, częściowo pomalowana modelka i Pani Agnieszka Glińska. A ponieważ obie Pani wyraziły zgodę – poniżej możecie obejrzeć wyniki naszego spotkania.

Modelka / Tancerka:Magdalena Konopek

Bodypainting: Agnieszka Glińska

(obu Paniom jeszcze raz dziękuję)

A jak was zaciekawiło – zajrzyjcie tutaj:

http://www.baletcolor.pl/index.php

Album zdecydowanie polecam. Jest z tych rzeczy, które dobrze czasem wziąć do ręki i zachwycić się.

Read Full Post »

Mój cykl zdjęć „Girl waiting” znalazł się wśród 100 finalistów konkursu „Storyteller”, wybranych spośród 1020 nadesłanych serii prac i jako taki znajdzie się w pokonkursowym albumie. Konkurs organizowany był przez The Worldwide Photography Gala Awards.

Tu znajdziecie laureatów i wyróżnione prace:

http://www.thegalaawards.net/announcements/storyteller-awardees

A tu wyróżniony cykl zdjęć. Modelka Anna Sroka. Dzięki Aniu za piękne pozowanie 🙂

stylizacja:Marcelina Oczkowska
wizaż: Studio Premiere
www.warsztatywzlodziejewie.pl

Read Full Post »

Przypadek. Stare albumy wygrzebane w szufladzie. Dziwny niepokój i pytania bez odpowiedzi.

Album babci. Lekki chaos, mieszają się lata. Większość zdjęć nie jest opisana, trudno zgadnąć, kiedy zostały zrobione. Ślub moich pradziadków. Stare zdjęcie w kolorze sepii. Fotograf ustawił ich tak, że głowy dotykają się, pochylone do siebie. Patrzą poważnie, optymistycznie. Na następnej stronie takie samo zdjęcie, ale z niemowlakiem na rękach – pewnie po chrzcie. Pamiątka pierwszej komunii – rok 1940. Na zdjęciu dwóch księży i ponad sto dziewczynek ubranych na biało. Bez powodzenia szukam twarzy babci. Równolegle do czasu wojny toczyło się normalne życie. Zdjęcie z roku 1944 i pierwszy szok przy przeczytaniu dedykacji: Liebe Lucine. Edi B. Chwila zastanowienia. To przecież był Śląsk. To możliwe i niekoniecznie naganne. I z tego samego roku: Miłej i sympatycznej sąsiadeczce swą podobiznę ofiaruję. Bolek. Miała wtedy 14 lat. Zdjęcia powojenne. Siedem dziewczyn w wieku koło 16 – 17 lat. Białe bluzki, ciemne spódniczki. Cztery stoją, trzy siedzą. Po środku ona. Śliczna dziewczyna o jasnych blond włosach. I takie piękne dwa długie warkocze. Kiedy stała, musiały jej sięgać daleko poza biodra. Teraz leżą spokojnie na piersiach, układają na kolanach. Niczym nie skrępowane, lekko rozplatają się na końcach. Był w niej jakiś niewymuszony wdzięk. Rok 1947, Warszawa. Wycieczka do stolicy? Na tle gruzów, ruin domów. Z późniejszych zdjęć jedno przepiękne. Siedzi na płocie, nogi splecione w kostkach, pochylona do przodu, uśmiecha się do obiektywu. Musi być popołudnie, bo cienie gałęzi łagodnie kładą się na jej twarzy, na trawie.

To wciąga, zaczynam się czuć jak detektyw. Palce już całe w kleju, kartka z notatkami. Tropię dalej i znajduję zdjęcie, na którym są pradziadkowie, dziadkowie i mnóstwo nieznanych nikomu ludzi. Obce twarze.

Album dziadka. Tu trochę większy porządek, zdjęcia częściej opisane. Okres wojenny, Kielce. Dużo zdjęć od kolegów ze straży pożarnej. Na pamiątkę wspólnych przeżyć, najlepszemu koledze. I to z dramatycznym podpisem: Mateczka w więzieniu podczas okupacji germańskiej. Z więzienia, jak wiem, już nie wyszła. Na każdej prawie stronie albumu zdjęcia kobiet z dedykacją: Kochanemu, Najdroższemu, Wraz z sercem ofiaruję. (Zdjęcie robione u fotografa. W kolorze sepii. Piękna dziewczyna, włosy zebrane z tyłu w kok, ale mnóstwo wicherków wokół głowy rozświetlonych od tyłu, niby maleńka, radosna aureola.) Kochanemu Jankowi aby zawsze pamiętał…, Myśl o mnie…, Patrząc tak w dal, dojrzeć Cię nie mogę… (Dorosła kobieta, stojąca pomiędzy gałęziami jabłoni, zapatrzona w dal.) Znów konsternacja: Ann Fraulein Aloisie Tonnalik. Dresden 1944. Co tam robił? Kolejne zdjęcie – kilka osób w roboczych ubraniach stojących gdzieś na polu – z podpisem: Z prac w Niemcach. Więc już wiem. Dedykacje na zdjęciach od kobiet do 1949 roku, potem ożenił się z moją babcią. Ciekawa jestem, czy jeszcze któraś z nich pamięta fotografię i złożony na niej podpis? Czy żyją?

Czego szukam? Dlaczego zafascynowały mnie te stare zdjęcie, na których czasem już niewiele widać? Nie wiem. Wiele z tych twarzy jest dla mnie bezimiennych. I nie ma już nikogo, kto mógłby im nadać imiona. Narasta żal, że nie wykorzystałam czasu. Na rozmowy. Na pytania.

Podsumowaniem tych dwóch albumów jest kartka z 1960 r: Kochana Luśku! Z pięknego Budapesztu zasyłam Tobie i Zosi bardzo serdeczne pozdrowienia. Jeżeli droga do Budapesztu była różna to samo miasto jest fantastyczne. Ale to wszystko nie może mi zastąpić Ciebie i Zosi. Chciałbym być tu z wami razem to wtedy byłoby naprawdę cudownie.

Zosia to moja mama. Miała wtedy 7 lat. Zmarł 2 lata później.

Read Full Post »